Muzeum musi żyć, nie może stać się archaiczną placówka, której nikt nie chce odwiedzać

Przypkowski_Jan

Rozmawiamy z Janem Przypkowskim, dyrektorem Muzeum im. Przypkowskich w Jędrzejowie. Turyści czasami trafiają do redakcji „Gazety Jędrzejowskiej” pytając, gdzie można kupić pamiątki związane z Jędrzejowem. Postanowiłam to sprawdzić osobiście i z przyjemnością odnotowałam, że oferta sklepiku w muzeum znacznie się zmieniła za nowego dyrektora i jest naprawdę atrakcyjna.

– Cieszę się, że pani zauważyła nasz sklepik. Kiedy przymierzałem się do stanowiska dyrektora (po wygraniu konkursu w styczniu Jan Przypkowski rozpoczął pracę od kwietnia br. – przyp. red.), analizowałem, jak działają takie sklepiki przy innych muzeach. To nie są już miejsca, gdzie kupuje się byle co, ale małe galerie sztuki z oryginalnymi gadżetami, suwenirami, związanymi z ekspozycją, albumami, książkami, przewodnikami. Nie należy ich lekceważyć, bo dochody z nich stanowią znaczący element wpływów od budżetu placówki. Kiedy orientowałem się, jakie gadżety cieszą się największym zainteresowaniem, wyszło na to, że są wśród nich magnesy na lodówkę, torby, ołówki. Co do naszego sklepu, to faktycznie magnesy cieszą się ogromnym zainteresowaniem – niektóre wzory już zostały wysprzedane do cna i zamawialiśmy już dwukrotnie dodatkowe edycje. Wkrótce będą torby z Twardowskim na księżycu, znaku domu Przypkowskich.

Kiedyś sklepik miał to, co oferowali producenci, teraz chcę, żeby robiono gadżety pod potrzeby muzeum i żeby miały one sporą wartość estetyczną. Razem z rzemieślnikiem obejrzeliśmy naszą ekspozycję zegarów słonecznych pod kątem wybrania wzorów, które można by wykorzystać przy robieniu pamiątek, ale chodziło o swobodne przetwarzanie, nie o robienie dokładnych reprodukcji. Oferta zaczyna się od złotówki, ale akurat najładniejszy z zegarów – z czarnego granitu – kosztuje 300 zł. Jak na pamiątkę z muzeum to raczej drogo. Zrobiono go na podstawie niemieckiego zegara z I poł. XVIII w. z naszych zbiorów, nawiasem mówiąc większy i okazalszy niż oryginał. Jest bardzo ładny i mam nadzieję, że ktoś wpadnie na pomysł, by kupić jako składkowy, elegancki prezent. Za to inne, mniejsze są w cenie ok. 40 zł i też bardzo ładne.

Jakie ma pan plany, by tę ofertę poszerzyć?

– Planujemy sprzedawać tematyczne zabawki edukacyjne. Już teraz mamy plastikowy zegar słoneczny do samodzielnego złożenia przez dziecko. Ogród muzealny jest kopalnią pomysłów do wykorzystania – są tam m.in. znaki zodiaku, czy zegary słoneczne, które mogą się znaleźć na plakietkach, koszulkach, kubkach. Wielkie możliwości daje nam biblioteka i nasze zbiory. Myślę, że turystów zaciekawiłyby reprinty książeczek dla dzieci z XIX w. i pocz. XX w. czy reprodukcje rycin z naszych cennych książek. W wielu muzeach popularnością cieszą się kopie fotografii czy plakatów. My mamy do „wykorzystania” postać marszałka Józefa Piłsudskiego, który bywał w domu Przypkowskich. Chciałbym, żeby w muzealnym sklepiku można było kupić nie tylko pamiątki na każdą kieszeń, ale także eleganckie prezenty. Generalnie chodzi o przedmioty kojarzące się z ekspozycją. Tak np. w wielu holenderskich muzeach, gdzie pokazywane są stare niderlandzkie martwe natury, w sklepach muzealnych można kupić np. kielichy czy inne naczynia podobne do tych widocznych na obrazach.

Chyba za mało macie miejsca w kasie muzeum, gdzie obecnie są gablotki z pamiątkami?

– Owszem, dlatego już poczyniliśmy pierwsze kroki, aby urządzić porządny sklep w pomieszczeniu naprzeciwko kasy, po drugiej stronie bramy, tam gdzie kiedyś była informacja turystyczna, potem sklep komputerowy.

Kiedyś, jak rozmawiałam z Piotrem Maciejem Przypkowskim, pana ojcem i poprzednim dyrektorem muzeum, na temat zwiększenia ilości odwiedzających, to usłyszałam, że nie warto promować placówki, bo goście „zadepczą muzeum”.

– Trochę w tym racji, bo muzeum mieści się w dawnym mieszczańskim domu, obliczonym na przebywanie kilku osób w pokojach. Daleko nam do muzeów o wielkich salach wystawowych. Tego się nie przeskoczy, ale zadeptanie nam nie grozi, ani ograniczanie ilości zwiedzających w ciągu dnia, tak jak to ma miejsce, np. na zamku w Niedzicy. Jednak osobiście sprawdziłem, że zbyt duże grupy to zły pomysł, bo goście w 20-ososbowej grupie przeszkadzają sobie wzajemnie, nie usłyszą wszystkiego, co mówi przewodnik. Zmniejszyłem ilość zwiedzających z 20 do 15 osób w jednej grupie. Za to przećwiczyliśmy zwiedzanie muzeum z kilku stron, tak, by poszczególne grupy się mijały, ale nie wchodziły sobie w drogę. Nawiasem mówiąc za mojej kadencji dotychczasowy rekord to chyba sześć grup jednocześnie. Wprowadziłem też oprowadzanie po ogrodzie, który jest bardzo ciekawy, a zawiera wiele skomplikowanych treści dotyczących zegarów, znaków zodiaku czy ziół, więc konieczne są fachowe wyjaśnienia. Dokładamy jednak starań, żeby o nas było głośno, nasze ulotki są w różnych miejscach, aktualności są na facebookowym profilu muzeum. Ważnym punktem do zrealizowania jest program edukacyjny dla dzieci i młodzieży, czyli lekcje muzealne na różne tematy, połączone z wchodzeniem na ekspozycje, które będą realizowane w taki sposób, aby zachęcić do kolejnych wizyt w muzeum.

Koncerty i wystawy też się mieszczą w planach nowego dyrektora?

– Mój ojciec zrobił ogromną robotę, organizując przez lata wystawy i koncerty. Bywanie na tych imprezach w muzeum dla sporej grupy mieszkańców jest obowiązkowym elementem uczestnictwa w kulturze, rodzajem nobilitacji. Muzeum w takim małym środowisku jak nasze, nie może być oderwane od miasta. W latach 70. ubiegłego, stulecia odbywały się tu wystawy i koncerty, na których bywali wielcy kultury i sztuki, ale nie mieszkańcy Jędrzejowa. Pod rządami Macieja Przypkowskiego to się zmieniło. To jest kapitał, na który muzea pracują latami. Ja ten kapitał dostałem w spadku i go nie zaprzepaszczę.

Czy będą jakieś zmiany?

– W małej galerii mamy obecnie prezentację darów dla muzeum Ewy Makomaskiej. Ta ekspozycja będzie zamknięta, a poszczególne meble uzupełnią ekspozycję muzealną. Powrócimy do urządzania w tych salach wystaw czasowych. Remontowane są piwnice pod pawilonem wystawowym, gdzie zagości Stowarzyszenie „Galeria na szlaku”. Żeby wyremontować piwnice od strony Rynku musimy sięgnąć po dodatkowe środki, pewnie unijne. Chcielibyśmy na nowo wyeksponować mieszczący się tam sprzęt gastronomiczny. Trzeba cały czas myśleć, żeby oferta była atrakcyjna, żeby muzeum samo nie stało się „obiektem muzealnym”, tylko podążało za aktualnymi trendami.

Nie uważa pan, że w dobie postępującej cyfryzacji, byt takich tradycyjnych muzeów jest zagrożony; nie ruszając się z domu, już teraz można popatrzeć wirtualnie na zbiory?

– W Internecie są miliony pięknych fotografii gór, a szlaki górskie ciągle są pełne turystów, dlatego uważam, że muzea przetrwają. Ludzie chcą się naocznie przekonać, jak to jest. Odwiedzają miejsca takie jak nasze z sentymentu, z potrzeby obcowania z oryginalnymi przedmiotami czy dziełami sztuki, chcą to pokazać dzieciom.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Beata Znojkowa