Kto na kogo napadł, czyli miejscy urzędnicy przed sądem

Kosciol_swDucha

Jędrzejów. Dzieje naszego miasta są niezwykle ciekawe. Przyczynili się do tego także sami mieszczanie, których życie codzienne i obyczajowość były niezwykle barwne. Dowodzą tego m.in. wydarzenia sprzed ponad 150 lat, kiedy to doszło do konfliktu między jednym z mieszkańców, a urzędnikami magistratu.

Bohaterami tamtych wydarzeń byli Karol Bugajski, mieszczanin w wieku około 40 lat, oraz burmistrz Adam Stanisławski, sekretarze miasta Antoniego Chirowskiego i nieznany z imienia Machnickiego, policjanci Marcin Otolega i Józef Nagabczyński, a także stróż Augustyn Wójcik, zwany Łysym.

W 1859 r. Karol Bugajski oskarżył urzędników o liczne nadużycia wobec jego osoby. Owe nadużycia miały polegać na tym, iż we wrześniu 1855 r. sekretarz Machnicki, policjanci Marcin Otolega i Józef Nagabczyński oraz stróż nocny Augustyn Wójcik, za namową Wojciecha Nagabczyńskiego, wieczorową porą naszli na jego mieszkanie, przemocą wyważyli drzwi, a samego Bugajskiego pobili kijami po głowie i rękach, a następnie przez osiem dni trzymali w areszcie. Trzy lata później, tj. w marcu 1858 r., sekretarz Antoni Chirowski miał z kolei bezprawnie aresztować Bugajskiego. Burmistrz Stanisławski miał z kolei tolerować te nadużyć.

Ponieważ oskarżenie było poważne, wszczęto dochodzenie, a prokurator królewski przy Sądzie Kryminalnym guberni radomskiej (Jędrzejów leżał wówczas w tej guberni) zażądał od władz gubernialnych dokonania formalnej kwalifikacji prawnej przestępstw popełnionych przez miejskich urzędników.

Wymiar sprawiedliwości – podobnie jak dzisiaj – nie działał zbyt szybko, dlatego dopiero po trzech latach, tj. w 1862 r., przesłuchano świadków. Przy okazji okazało się, że sam pokrzywdzony, tj. Karol Bugajski, już nie żył, podobnie jak Marcin Otolega i Augustyn Wójcik. Sekretarz Machnicki po zdymisjonowaniu w 1858 r. wyjechał do guberni lubelskiej i miejsce jego pobytu nie było znane. W tej sytuacji przesłuchano jedynie byłego burmistrza Stanisławskiego, sekretarza Antoniego Chirowskiego oraz wyrobnika Wojciecha Wcisło.

Zeznania wszystkich świadków były zasadniczo jednobrzmiące: Karol Bugajski był powszechnie znany w mieście jako awanturnik nadużywający alkoholu, sprawiający rozliczne kłopoty nie tylko policji, ale przede wszystkim sąsiadom. Z wyjaśnień byłego burmistrza Stanisławskiego wynikało m.in., że za zakłócanie porządku aresztowany był w sierpniu 1855 r. Sąd zwolnił go jednak z aresztu, równocześnie oddając pod dozór policji. Drugie aresztowanie miało miejsce w 1858 r., ale i wtedy sąd zwolnił go do domu. Zdaniem Stanisławskiego, oskarżenie miejskich urzędników o nadużycia było wyrazem zemsty, a sam pozew został napisany przez „pokątnego doradcę” Jabłońskiego, który żywił osobistą urazę do jednego z urzędników i chciał mu szkodzić, podburzając Bugajskiego.

W zeznaniu były burmistrz Adam Stanisławski w taki oto sposób scharakteryzował sylwetkę K. Bugajskiego: „Najpierw muszę władzy wyższej dać poznać indywiduum Karola Bugajskiego, który już od paru lat nie żyje i w samej sile wieku, lat 43 mający, umarł, skutkiem jedynie nadzwyczajnego pijaństwa i największego łajdactwa. Z jednym tylko Bugajskim, prawdziwym wyrzutkiem społeczeństwa ludzkiego, władza miejscowa ciągłe i największe miała kłopoty, bo ten dzień i noc pijany, przy tym charakteru nadzwyczaj burzliwego, rozbestwiony w najwyższym stopniu, a najczęściej w czasie swojego opilstwa, obnażając się zupełnie bez koszuli i spodni biegał śród dnia po rynku i ulicach, napastując ludzi w sposobie bezwstydnym. I czyliż takiego pijanicę największe zgorszenie dającego nie należało policji uprzątnąć i w areszcie zabezpieczyć? Muszę tu koniecznie przytoczyć chociaż jeden fakt jego rozbestwienia, oburzający naturę ludzką. Kiedy sam osobiście zajmowałem się z rozporządzenia rządu (co było szczególnie zaostrzone) spisem ognisk do nowego systemu opodatkowania, a z kolej przybywszy do domu Bugajskiego, zastałem wtedy konającą jego żonę leżącą na garści barłogu w kącie (gdyż tejże samej nocy zmarła), a jego wyskakującego po izbie i śpiewającego krakowiaki bezwstydne. W izbie ani stołu, ani stołka, bo co tylko miało jakąkolwiek wartość, to wszystko przepił. Dzieci prawie nagie. Dom cały w największej ruinie, komin z góry i pod dachem do połowy zawalony, na którym miał przez magistrat wzbronione palenie ognia. A przecież ten rozpustnik, nie uważający żadnej nad sobą zwierzchności, często dopuścił się, wbrew zakazowi, palenia. Dlatego sąsiedzi, a najbliższy dom Nagabczyńskiego, stykający się ściana w ścianę z jego domem (oba drewniane), z obawy widocznego stąd pożaru donosili policji. Wysyłani policjanci dla zagaszenia ognia albo wypychani [byli], alboli tez przed nimi drzwi zamykano”.

Z przytoczonego wyżej cytatu wynika, że wysunięte przez Bugajskiego oskarżenie pod adresem miejskich urzędników tak naprawdę było następstwem zatargu sąsiedzkiego między nim a Wojciechem Nagabczyńskim. Potwierdzają to również zeznania Wojciecha Wcisły oraz Adama Stanisławskiego. Ten ostatni zeznawał następująco: „Zawsze on [Nagabczyński – przyp. K. Ś.] w razie doznanej napaści przez Bugajskiego udawał się o pomoc do policji, i ta stosownie była mu udzielana. Nagabczyński bowiem, jako człowiek spokojny i porządny, nigdy nie dał żadnego powodu ani zaczepki Bugajskiemu. Owszem unikał tegoż jako największego burdę i pijanicę, i z największą krzywda swoją ustępował. A wieleż to napaści i dobijania się o północy do domu Nagabczyńskiego zamilczał, nie chcąc tak często trudnić władzy”.

Wybuch powstania styczniowego przyczynił się do tego, że sprawa Bugajskiego została na pewien czas zawieszona. Powrócono do niej ponownie w połowie 1864 r. Z korespondencji między władzami powiatowymi i gubernialnymi wynika, że wymiar sprawiedliwości dał wiarę wyjaśnieniom złożonym przez miejskich urzędników. Oskarżenia Bugajskiego uznano za niewiarygodne i wszystkich uwolniono do zarzutów.

Krzysztof Ślusarek