Wywiady

Nie ma dnia, żebym nie słuchał i nie grał muzyki ludowej; mam ją w sercu

25955

Rozmawiamy z Edwardem Golą, muzykiem ludowym z Sędziszowa, wielkokrotnym laureatem Buskich Spotkań z Folklorem i konkursu „Jawor – u źródeł kultury”, uczniem Stefana Ostrowskiego. Występuje pan na scenie od ponad 45 lat. Jak się zaczęła pańska przygoda ze skrzypcami i muzyką ludową?

– Kiedy byłem małym chłopcem, to wystarczyło, że ktoś na czymś zagrał i już się ludzie zbierali i tańcowali. Jak opowiadali moi rodzice, lubiłem naśladować ruchy muzyków, bo bardzo mi się podobało, jak grali i lubiłem słuchać muzyki. Gry na skrzypcach zacząłem się uczyć w latach 70., gdy chodziłem do siódmej lub ósmej klasy.

Gdy struga się drewno, w powietrzu unosi się niepowtarzalny zapach

25306

Rozmawiamy z Marcinem Pawłowskim z Brynicy Mokrej, który otworzył zakład stolarski, wykonujący meble ze starego, odzyskanego drewna, oraz z jego tatą, Stanisławem Pawłowskim. Skąd pomysł, żeby zająć się tak nietypową działalnością i wybrać ginący już zawód stolarza?

Marcin Pawłowski: – To rodzinna tradycja, którą postanowiłem kultywować po kilka latach pracy w różnych zawodach.

Stanisław Pawłowski: – Początkowo rodzina Pawłowskich mieszkała w Strzemieszycach na Śląsku. Dziadek Franciszek był kolejarzem. Kiedy przeszedł na emeryturę czy rentę, kupił gospodarstwo w Warzynie. Jednak czterej jego synowie, mój tata Edward oraz wujowie Bronisław, Stanisław i Antoni, nie chcieli pracować na kolei.

Muzeum musi żyć, nie może stać się archaiczną placówka, której nikt nie chce odwiedzać

Przypkowski_Jan

Rozmawiamy z Janem Przypkowskim, dyrektorem Muzeum im. Przypkowskich w Jędrzejowie. Turyści czasami trafiają do redakcji „Gazety Jędrzejowskiej” pytając, gdzie można kupić pamiątki związane z Jędrzejowem. Postanowiłam to sprawdzić osobiście i z przyjemnością odnotowałam, że oferta sklepiku w muzeum znacznie się zmieniła za nowego dyrektora i jest naprawdę atrakcyjna.

– Cieszę się, że pani zauważyła nasz sklepik. Kiedy przymierzałem się do stanowiska dyrektora (po wygraniu konkursu w styczniu Jan Przypkowski rozpoczął pracę od kwietnia br. – przyp. red.), analizowałem, jak działają takie sklepiki przy innych muzeach.

Marzy mi się przyjazd moich uczniów z Szepetówki do Polski

Bodziechowska_Barbara_2017

Rozmawiamy z Barbarą Bodziechowską, byłą dyrektor Szkoły Podstawowej w Lipnie, która od kilku lat uczy języka polskiego w mieście Szepetówka w obwodzie chmielnickim. We wrześniu rozpoczyna pani dziewiąty rok pracy na Ukrainie. Skąd pomysł, by tam wyjechać?

– Kiedy zamykano szkołę w Lipnie, nad czym ubolewam do dzisiaj, zaczęłam szukać pomysłów na swoje życie. Chciałam pracować, być jeszcze przydatna. Pewnego dnia koleżanka zadzwoniła do mnie i zapytała, czy nie chciałabym wyjechać zagranicę uczyć języka polskiego. Powiedziała mi, że Ministerstwo Edukacji Narodowej i Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli w Warszawie prowadzą nabór. Postanowiłam zadzwonić, później złożyłam odpowiednie dokumenty. Po jakimś czasie zadzwoniono do mnie i powiedziano, że jest propozycję pracy, ale muszę odbyć rozmowę kwalifikacyjną. Jak się okazało w Warszawie, o wyjazd ubiegało się bardzo wiele osób, ale to mnie wybrano. I tak trafiłam do Stanisławowa, czyli obecnego Iwano-Frankiwska. Tak do końca nie wiedziałam wtedy z czym to się wiążę, gdzie jadę, jak tam będzie. Jechałam w ciemno. Pierwsze dwa miesiące pracy były bardzo trudne. Na początku nie miałam mieszkania, ale dzięki pomocy dyrektor szkoły udało mi się je załatwić. Najgorzej było w szkole. Mówiłam do dzieci po polsku i rosyjsku, ale one w ogóle mnie nie rozumiały, bo znały tylko język ukraiński. Po dwóch miesiącach spakowałam się i byłam gotowa do powrotu do Polski. Wróciłam do mieszkania, a moja gospodyni mówi: „Nigdzie nie pojedziesz, dzieci cię potrzebują. Miałaś odwagę przyjechać, to teraz zostań”. Wtedy się mocno zastanowiłam, co dalej począć i postanowiłam zostać, czego nie żałuję. Miałam zostać na rok, a jadę już po raz dziewiąty.

Co pani daje praca na Ukrainie?

– To ogromna satysfakcja i radość. Cieszyłam się jak małe dziecko, kiedy moi uczniowie zaczęli mówić po polsku, śpiewać po polsku. Byłam uskrzydlona i tak sobie myślałam: to jednak mi się udało. Radość była naprawdę wielka. Tego się nie da wyrazić słowami. Ich postępy w nauce polskiego dodają mi impuls do dalszej pracy. Robię wiele akademii szkolnych z podtekstem patriotycznym. Szczególny nacisk kładę na osobę św. Jana Pawła II, bo przecież byłam szefową stowarzyszenia szkół noszących imię naszego papieża. Nie boję się mocnych słów, chociaż różnie jest to odbierane. Miałam nawet zarzuty, że taka czy inna akademia była zbyt polska, słowa zbyt mocne. Zawsze jednak tłumaczę, że nie mogę inaczej, bo tak było i już.

Jak zatem układają się pani stosunki z Ukraińcami? W potocznej opinii istnieje stereotyp, że oni nas raczej nie lubią.

– Miedzy mną a rodzicami stosunki są normalne. Dzieci są zadowolone z zajęć, więc rodzice również, tym bardziej, że ich pociechy robią postępy w nauce. Są dla mnie życzliwi, nie mogę nic złego powiedzieć. Ukraińcy postrzegają Polskę jako inny świat, oni naprawdę marzą o tym, by ich dzieci poszły u nas na studia, podjęli u nas pracę. Ja im w tym pomagam, może dlatego są dla mnie mili. Ale np. oficjalnie nie możemy do nauki języka polskiego wykorzystywać naszych podręczników, tylko takich napisanych przez Ukraińców.

Jak pani spędza czas poza szkołą?

– Praca w szkole to jedno, ale przygotowanie się do lekcji, a także przygotowanie różnych akademii i przedstawień zajmuje mi bardzo dużo czas, także po pracy. Dzieci są bardzo uzdolnione artystycznie, pięknie śpiewają i tańczą, dlatego z przyjemnością poświęcam im dużo czasu. Prowadzę koło recytatorskie. Moi marzeniem jest, by dzieci mogły przyjechać do Polski, pokazać swoje umiejętności, poznać nasz kraj. Nie jest to łatwa sprawa, gdyż na wyjazd potrzebne są pieniądze, a oni ich po prostu nie mają. Zamierzam tą sprawą zainteresować polskich samorządowców: wojewodę i marszałka, może się uda. Może będzie to tym łatwiejsze, że obwód konsularnym dla Szepetówki znajduje się w Winnicy, z którą przecież województwo świętokrzyskie od wielu lat ma partnerskie kontakty. Dużo czasu spędzam w internecie, dzięki któremu mam kontakt z Polską. Zwiedzam także Ukrainę, to piękny kraj. Zwiedziałam m.in. całe Zakarpacie, Kamieniec Podolski, Chocim, Równe, Kijów, wybieram się do Odessy. Jest tu polskie towarzystwo kulturalne, które skupia około 1000 Polaków, ale prezes towarzystwa nie za bardzo zajmuje się sprawami polskimi, jest bardzo interesowana, więc zbytnio się tam nie angażuję. Szepetówka to niezbyt duże miasto w obwodzie chmielnickim, ma ok. 48 tys. mieszkańców, w tym ok. 10 tys. Polaków. Oprócz ładnego dworca kolejowego i kościoła katolickiego nic ładnego tam nie ma. Są bardzo złe drogi. Do Równego jest w miarę dobrze, ale już stamtąd jest wręcz fatalnie. Jest jedna szkoła, w której jest także prowadzona nauka języka polskiego. Bardzo niewielki procent dzieci, które uczę, ma polskie korzenie, reszta to Ukraińcy. Uczą się bardzo chętnie naszego języka, bo chcą w Polsce studiować. Polska jest dla nich oknem na świat, one do mnie mówią – pani jest z Europy.