Wywiady

Muzeum musi żyć, nie może stać się archaiczną placówka, której nikt nie chce odwiedzać

Przypkowski_Jan

Rozmawiamy z Janem Przypkowskim, dyrektorem Muzeum im. Przypkowskich w Jędrzejowie. Turyści czasami trafiają do redakcji „Gazety Jędrzejowskiej” pytając, gdzie można kupić pamiątki związane z Jędrzejowem. Postanowiłam to sprawdzić osobiście i z przyjemnością odnotowałam, że oferta sklepiku w muzeum znacznie się zmieniła za nowego dyrektora i jest naprawdę atrakcyjna.

– Cieszę się, że pani zauważyła nasz sklepik. Kiedy przymierzałem się do stanowiska dyrektora (po wygraniu konkursu w styczniu Jan Przypkowski rozpoczął pracę od kwietnia br. – przyp. red.), analizowałem, jak działają takie sklepiki przy innych muzeach.

Marzy mi się przyjazd moich uczniów z Szepetówki do Polski

Bodziechowska_Barbara_2017

Rozmawiamy z Barbarą Bodziechowską, byłą dyrektor Szkoły Podstawowej w Lipnie, która od kilku lat uczy języka polskiego w mieście Szepetówka w obwodzie chmielnickim. We wrześniu rozpoczyna pani dziewiąty rok pracy na Ukrainie. Skąd pomysł, by tam wyjechać?

– Kiedy zamykano szkołę w Lipnie, nad czym ubolewam do dzisiaj, zaczęłam szukać pomysłów na swoje życie. Chciałam pracować, być jeszcze przydatna. Pewnego dnia koleżanka zadzwoniła do mnie i zapytała, czy nie chciałabym wyjechać zagranicę uczyć języka polskiego. Powiedziała mi, że Ministerstwo Edukacji Narodowej i Ośrodek Doskonalenia Nauczycieli w Warszawie prowadzą nabór. Postanowiłam zadzwonić, później złożyłam odpowiednie dokumenty. Po jakimś czasie zadzwoniono do mnie i powiedziano, że jest propozycję pracy, ale muszę odbyć rozmowę kwalifikacyjną. Jak się okazało w Warszawie, o wyjazd ubiegało się bardzo wiele osób, ale to mnie wybrano. I tak trafiłam do Stanisławowa, czyli obecnego Iwano-Frankiwska. Tak do końca nie wiedziałam wtedy z czym to się wiążę, gdzie jadę, jak tam będzie. Jechałam w ciemno. Pierwsze dwa miesiące pracy były bardzo trudne. Na początku nie miałam mieszkania, ale dzięki pomocy dyrektor szkoły udało mi się je załatwić. Najgorzej było w szkole. Mówiłam do dzieci po polsku i rosyjsku, ale one w ogóle mnie nie rozumiały, bo znały tylko język ukraiński. Po dwóch miesiącach spakowałam się i byłam gotowa do powrotu do Polski. Wróciłam do mieszkania, a moja gospodyni mówi: „Nigdzie nie pojedziesz, dzieci cię potrzebują. Miałaś odwagę przyjechać, to teraz zostań”. Wtedy się mocno zastanowiłam, co dalej począć i postanowiłam zostać, czego nie żałuję. Miałam zostać na rok, a jadę już po raz dziewiąty.

Co pani daje praca na Ukrainie?

– To ogromna satysfakcja i radość. Cieszyłam się jak małe dziecko, kiedy moi uczniowie zaczęli mówić po polsku, śpiewać po polsku. Byłam uskrzydlona i tak sobie myślałam: to jednak mi się udało. Radość była naprawdę wielka. Tego się nie da wyrazić słowami. Ich postępy w nauce polskiego dodają mi impuls do dalszej pracy. Robię wiele akademii szkolnych z podtekstem patriotycznym. Szczególny nacisk kładę na osobę św. Jana Pawła II, bo przecież byłam szefową stowarzyszenia szkół noszących imię naszego papieża. Nie boję się mocnych słów, chociaż różnie jest to odbierane. Miałam nawet zarzuty, że taka czy inna akademia była zbyt polska, słowa zbyt mocne. Zawsze jednak tłumaczę, że nie mogę inaczej, bo tak było i już.

Jak zatem układają się pani stosunki z Ukraińcami? W potocznej opinii istnieje stereotyp, że oni nas raczej nie lubią.

– Miedzy mną a rodzicami stosunki są normalne. Dzieci są zadowolone z zajęć, więc rodzice również, tym bardziej, że ich pociechy robią postępy w nauce. Są dla mnie życzliwi, nie mogę nic złego powiedzieć. Ukraińcy postrzegają Polskę jako inny świat, oni naprawdę marzą o tym, by ich dzieci poszły u nas na studia, podjęli u nas pracę. Ja im w tym pomagam, może dlatego są dla mnie mili. Ale np. oficjalnie nie możemy do nauki języka polskiego wykorzystywać naszych podręczników, tylko takich napisanych przez Ukraińców.

Jak pani spędza czas poza szkołą?

– Praca w szkole to jedno, ale przygotowanie się do lekcji, a także przygotowanie różnych akademii i przedstawień zajmuje mi bardzo dużo czas, także po pracy. Dzieci są bardzo uzdolnione artystycznie, pięknie śpiewają i tańczą, dlatego z przyjemnością poświęcam im dużo czasu. Prowadzę koło recytatorskie. Moi marzeniem jest, by dzieci mogły przyjechać do Polski, pokazać swoje umiejętności, poznać nasz kraj. Nie jest to łatwa sprawa, gdyż na wyjazd potrzebne są pieniądze, a oni ich po prostu nie mają. Zamierzam tą sprawą zainteresować polskich samorządowców: wojewodę i marszałka, może się uda. Może będzie to tym łatwiejsze, że obwód konsularnym dla Szepetówki znajduje się w Winnicy, z którą przecież województwo świętokrzyskie od wielu lat ma partnerskie kontakty. Dużo czasu spędzam w internecie, dzięki któremu mam kontakt z Polską. Zwiedzam także Ukrainę, to piękny kraj. Zwiedziałam m.in. całe Zakarpacie, Kamieniec Podolski, Chocim, Równe, Kijów, wybieram się do Odessy. Jest tu polskie towarzystwo kulturalne, które skupia około 1000 Polaków, ale prezes towarzystwa nie za bardzo zajmuje się sprawami polskimi, jest bardzo interesowana, więc zbytnio się tam nie angażuję. Szepetówka to niezbyt duże miasto w obwodzie chmielnickim, ma ok. 48 tys. mieszkańców, w tym ok. 10 tys. Polaków. Oprócz ładnego dworca kolejowego i kościoła katolickiego nic ładnego tam nie ma. Są bardzo złe drogi. Do Równego jest w miarę dobrze, ale już stamtąd jest wręcz fatalnie. Jest jedna szkoła, w której jest także prowadzona nauka języka polskiego. Bardzo niewielki procent dzieci, które uczę, ma polskie korzenie, reszta to Ukraińcy. Uczą się bardzo chętnie naszego języka, bo chcą w Polsce studiować. Polska jest dla nich oknem na świat, one do mnie mówią – pani jest z Europy.

Dając to czego inni potrzebują, możemy czuć się uskrzydleni

23855

Rozmawiamy z Angeliką i Michałem Steciakami z Fundacji „Wioska Aniołów” w Karsznicach. Proszę powiedzieć, skąd pomysł na założenie fundacji?

Angelika: – Fundacja „Wioska Aniołów” została zarejestrowana stosunkowo niedawno, bo w sierpniu 2015 r. Pomysł na nazwę wziął się stąd, że chcielibyśmy być jak najbliżej aniołów i dzieci, ale też osób, które potrzebują wsparcia i miłości, bo dając to, czego oni potrzebują, możemy się poczuć uskrzydleni. Nasze działania łączą w sobie zajęcia dla dzieciaków z zajęciami integracyjnymi z udziałem osób starszych, dorosłych.

Czym się zajmujecie i do kogo skierowana jest wasza oferta?

Angelika: – Prowadzimy muzykoterapię, dogoterapię oraz różne inne formy terapii zajęciowej. Poprzez różnego rodzaju zajęcia, np. koncerty, minikabaret, mini skecze oraz różne działania przy kościele staramy się także animować społeczność lokalną. Jest nam o tyle łatwiej, że od zawsze działaliśmy przy kościele. W Zawierciu, skąd przyjechaliśmy, związani byliśmy z parafią św. Piotra i Pawła, a także parafią Jana Pawła II. Tam udzielałam się jako lektora, ale także jako organizator różnych działań, np. marsze milczenia, Drogi Krzyżowe. Ogólnie rzecz ujmując, uświetnialiśmy różnego rodzaju uroczystości religijne. Natomiast mąż zajmował się tym co najpiękniejsze, czyli muzyką i śpiewem. To nasze zaangażowanie zostało dostrzeżone przez proboszcza z parafii w Rembieszycach, ks. Zbigniewa Bienia. To on nam otworzył furtkę abyśmy mogli, tu w nowym dla nas miejscu, pokazać to, co robimy. Ksiądz udostępnił nam starą plebanię, w której mamy swój kąt. Od marca 2015 r. prowadzimy działania w ramach kręgu biblijnego. Na początku zastanawialiśmy się, kto do nas przyjdzie i czy w ogóle ktoś przyjdzie, by rozważać Pismo Święte, mówić o Bogu i spędzać wspólnie czas. Ksiądz proboszcz na początku dość septycznie do tego podchodził, ale okazało się, że na spotkania zaczęli przychodzić ludzie w różnym wieku: dzieci, dorośli i osoby starsze, rodziny z dziećmi. Stanęło zatem przed nami duże wyzwanie, bo spotkamy się co tydzień z ludźmi w różnym wieku, stąd musimy stosować różne metody prowadzenia zajęć, by były one ciekawe, przekazywały ważne wartości chrześcijańskie, a jeszcze do tego, z myślą o dzieciach, także bawiły. Stąd wprowadziliśmy przerywniki w rozważaniach, np. malowanie, śpiewanie. Włączamy także ludzi w działalność charytatywna na rzecz miejscowej społeczności, choć wychodzimy także na zewnątrz. Ostatnio np. robiliśmy kolorowanki dla fundacji Dr. Clowna w Kielcach dla chorych dzieci. Łącząc różne formy działalności skierowanej do wielu osób, stworzyliśmy mini wspólnotę, rodzinę, na którą zawsze możemy liczyć i w której dobrze się czujemy. Organizujemy także akcje dla całej społecznej lokalnej, np. festyny dla dzieci na Dzień Dziecka, spotkania wigilijne. Braliśmy czynny udział w organizacji w parafialnych dożynek, organizujemy.

Proszę powiedzieć, jakie efekty daje praca z psem?

Michał: – Pies to motywator do działania. On motywuje dzieci czy osoby starsze z różnymi dysfunkcjami do pokonywania barier. Do psa czasem trzeba wyciągnąć rękę, w której jest niedowład, czy podać mu coś do zjedzenia, wyczesać. Osoba z niepełnosprawnością musi się nim zaopiekować, a przy okazji nawiązywać więź i relację. Dzieci bardzo szybko przełamują lęki i bariery, przekonują się, że zabawa z psem jest super, a przy okazji świetny bodziec do różnych ćwiczeń. Łączymy dogoterapię z muzykoterapią, ponieważ jeden z naszych psów, uwielbia muzykę. Kiedy zaczynamy grać, on przychodzi, siada koło dzieci, szczeka, wydaje z siebie różne dźwięki, co można uznać za śpiewanie. Dzieciom się to bardzo podoba. Podczas ferii w szkole Rembieszycach mieliśmy zajęcia z udziałem psa. W ich trakcie wspólnie z dziećmi i młodzieżą przerabialiśmy książkę o doktorze Dolittle. Połączyliśmy to z zabawą z psem. Trwało to blisko trzy godziny, było malowanie twarzy, skręcanie balonów, opowieść o doktorze Dolittle. No i to co najważniejsze: kontakt z psem, którego dzieci nie chciały opuścić, karmiły, bawiły się nim i biegały. Było naprawdę miło.

Angelika: – Dogoterapię prowadzimy od czterech lat. Mamy dwa labradory, jeden czarny Rico, drugi czekoladowy Baron. Dzięki dogoterapii i muzykoterapii nasze działania są zauważane także poza gminą Małogoszcz, na terenie województwa świętokrzyskiego. Wyruszamy z psem, prowadzimy zajęcia edukacyjne albo terapię z udziałem psa. Na przykład w szkole w Bolminie prowadziliśmy dogoterapię dla dzieci z problemami w nauce. Tam pies-profesor uczył matematyki i języka polskiego, wspomagał edukację dzieci. Bywamy także w placówkach dla osób niepełnosprawnych, gdzie poprzez muzykę i zajęcia z psem staramy się wspomagać proces rehabilitacji.

Jakie macie plany?

Angelika: – Planów mamy dużo. Chcemy kontynuować te działania, które już podjęliśmy, by miały one charakter cykliczny, a nie jednorazowy. Jest dużo imprez, które realizujemy w społeczności lokalnej. Chcemy jeszcze bardziej zaangażować się w te lokalne inicjatywy, bo one przynoszą najwięcej satysfakcji i najlepsze rezultaty. Planujemy jeszcze więcej zajęć muzycznych, dogoterapii, również zajęć edukacyjnych. Dzieci są bardzo otwarte, chętne do różnych działań, co warto wykorzystać. Jest również grupa ciekawej młodzieży i ich potencjał również chcemy wykorzystać, bo oni szybko uciekają do miasta, na studia, do pracy.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Grażyna Ślusarek

Ekologiczne produkty naturalne rzeczywiście mają moc

23648

Rozmawiamy z Markiem Ptakiem z Sielca, właścicielem tłoczni olejów roślinnych. Proszę powiedzieć, jak to się stało, że zajął się pan taką działalnością?

– Od wielu lat związany jestem z rolnictwem. Jeszcze w czasach PRL-u przez 20 lat pełniłem funkcję dyrektora Spółdzielni Kółek Rolniczych w Wodzisławiu. Starałem się pomagać rolnikom w ich ciężkiej pracy. Mam wielką satysfakcję, że jako jeden z pierwszych na wieś wprowadzałem wielką technikę w postaci kombajnów zbożowych typu bizon. W 1974 r. sprowadziłem pierwszy kombajn na teren gminy Wodzisław.