Wywiady

Jak Polak z Polakiem na Węgrzech, czyli rozmowa z Krzysztofem Zanussim

26618

Podczas Festiwalu Filmowego CineFest w Miszkolcu Krzysztof Zanussi udzielił wywiadu specjalnie dla „Gazety Jędrzejowskiej”. Ze znanym reżyserem rozmawiał Adama Pazera.

Panie Krzysztofie, znamy się jak… „dobry szeląg” – bardzo sobie cenię ten przewrotny zwrot użyty ongiś przez pana na którejś z premier w kinie „Światowid” – więc bez ceregieli przystąpmy do krótkiej rozmowy. Proszę zatem powiedzieć na wstępie, co pana sprowadziło do Miszkolca?

Dawniej łatwej było zachęcić młodych ludzi do uprawiania sportu

Ciecko_Ryszard

Rozmawiamy z Ryszardem Ciećko, wieloletnim działaczem Szkolnego Związku Sportowego. Po 47 latach pracy zrezygnował pan z pracy na rzecz Szkolnego Związku Sportowego, twierdząc, że teraz to już nie te oczy, nie ta pamięć i nie ta uwaga, by wciąż zajmować się organizacją zawodów sportowych. Proszę powiedzieć, jakie były pańskie początki w tej organizacji?

– Szkolny Związek Sportowy powstał w latach 50. minionego wieku z połączenia różnych organizacji sportowych. Na terenie Jędrzejowa przez lata prowadził tę organizację Jerzy Klimczak. Ja przejąłem ją po nim, w 1971 r. Objąłem stanowisko sekretarza Zarządu Powiatowego SZS i nieprzerwanie do 2018 r. trwałem na posterunku. Związek organizował zawody na terenie gminy, później powiatu, na podstawie kalendarza przygotowanego przez oddział wojewódzki. Organizacją zawodów zajmowałem się ja. Nasze zawody różniły się od innych, organizowanych okazjonalnie, bo zwycięscy zawodnicy lub drużyna awansowały do wyższego szczebla, kończąc na wojewódzkim etapie. Dawało to uczniom możliwość rywalizacji na wyższych poziomach. Prowadziłem również szkolenia młodzieżowych organizatorów sportu i młodzieżowych sędziów sportowych. Teraz na różnych zawodach spotykam swoich byłych uczniów, których niegdyś szkoliłem.

Organizacja zawodów była łatwiejsza dawniej czy teraz?

– Muszę powiedzieć, że w latach 70.-80. dużo łatwej było zachęcić młodych ludzi do uprawiania sportu. Wtedy młodzież garnęła się do sportu, by zająć swój wolny czas. Zdecydowanie więcej dzieci i młodzieży brało udział w zawodach sportowych niż teraz, np. na biegach sztafetowych miałem ok. 500 zawodników, a teraz były trudności ze zorganizowaniem zawodów, bo w szkołach nie ma dzieci. Poza tym teraz kalkuluje się szanse. Jeśli młodzi wywnioskują, że nie mają szans, to po prostu nie startują. Dzisiaj młodzi ludzie niechętnie uprawiają sport. Dawniej było inaczej. Może dlatego, że nie było komputerów, smartfonów i różnych innych urządzeń. Organizacja zawodów była o tyle łatwa, że hale mieliśmy za darmo w ramach współpracy ze szkołami. Musiałem jedynie zapewnić opiekę medyczną i sędziów. Czasy, że opiekunowie uczniów byli sędziami, dawno już minęły. Od kilkunastu lat wszystkie zawody sędziują bezstronni arbitrzy. Jeśli chodzi o finansowanie medali i dyplomów, to wygląda to tak, że na szczeblu gminnym środki na organizację zawodów przeznacza urząd gminy, natomiast na szczeblu powiatowym starostowo. Nie są to jakieś ogromne kwoty. Od 17 lat wspólnie ze Zdzisławem Pańtakiem prowadzimy ligę tenisa stołowego, która trwa przez pół roku. Bierze w niej udział ok. 80 zawodników ze szkół różnych szczebli.

Był pan też nauczycielem?

– Tak, przez 37 lat, ale już od 22 lat jestem na emeryturze. Po skończeniu jędrzejowskiego liceum w 1959 r., poszedł do Studium Nauczycielskiego w Kielcach, na historię. Pracę nauczyciela rozpocząłem w Desznie, gdzie uczyłem przez rok. Później przeszedłem do Szkoły Ćwiczeń w Jędrzejowie, gdzie spędziłem pięć lat. Następnie przez dziewięć lat byłem w Szkole Podstawowej nr 1, gdzie oprócz historii uczyłem także wychowania obywatelskiego i geografii. Ponieważ wtedy jakoś było tam za dużo nauczycieli, to inspektor szkolny przeniósł mnie do „trójki”, gdzie zacząłem uczyć wychowania fizycznego. Po roku poszedłem na studia na AWF w Krakowie, gdzie zrobiłem licencjat. W Szkole Podstawowej nr 3 pracowałem przez 20 lat, aż do emerytury.

Czy uprawiał pan jakąś dyscyplinę sportu?

– Tak, gimnastykę. Kiedy byłem jeszcze w ogólniaku, namiętnie uprawiałem gimnastykę, byłem wtedy bardzo szczuplutki. Mieliśmy nauczyciela od wuefu, pana Cieślińskiego, który wielką uwagę przywiązywał do tej dyscypliny sportu. Jeździliśmy na różne zawdy na terenie województwa kieleckiego. Lubiłem grać także w piłkę ręczną, ale ze względu na niski wzrostu dużo nie pograłem.

Ale zainteresowanie piłką ręczną zaowocowało tym, że został pan sędzią.

– Tak. Sędziować zacząłem jako młody chłopak w 1965 r., w lidze okręgowej. W 1972 r. we Wrocławiu zdałem egzamin na sędziego klasy państwowej i sędziowałem mecze w pierwszej lidze. Zjeździłem wtedy prawie całą Polskę. Tworzyliśmy duet ze Zdzisławem Łabędzkim, który obecnie mieszka we Włoszczowie. Mecze pierwszoligowe sędziowałem do 1980 r. Bardzo lubiłem sędziować mecze na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Dzieci i Młodzieży. Zapamiętałem szczególnie zawody w Białymstoku, gdzie sędziowałem półfinał i finał. Miło wspominam zawody międzynarodowe, organizowane w Tarnowie. Wtedy jeszcze nie grało się w halach tylko na otwartych boiskach. Zajmowałem się tym do połowy do 1984 r.

Piłka ręczna była ważna w pana życiu jeszcze z innego powodu.

– To prawda. Byłem kierownikiem sekcji piłki ręcznej w Naprzodzie, kiedy drużyna dziewcząt grała w II lidze. Zaczęło się to w 1968 r. Wszystko było na mojej i Stanisława Kasperka głowie. Organizacja wyjazdów, sprzętu. W tych czasach nie było to organizacyjnie takie proste, toteż zajmowało nam to naprawdę wiele czasu. Na mecze w różnych rejonach Polski jeździliśmy żukiem albo nyską, zdarzyło się, że nawet pociągiem. Dziewczęta były wtedy bardzo młode, miały po 15-16 lat. Wszystko trwało ok. 5 lat aż zawodniczki nie skończył szkoły średniej. Później poszły na studia i drużyna się rozpadła. One jeszcze później grały w różnych, uczelnianych i nie tylko, zespołach. Np. Hanka Michałowska grała na bramce w Cracovii, Jaga Rosochacka występowała w pierwszoligowej drużynie Otmęt Krapkowice; stamtąd przeszła do Sośnicy Gliwice. Z niektórymi dziewczynami jeszcze się spotykam, m.in. z Katarzyną Cofór, obecnie Orlef, czy Łabędzką, obecnie Smorąg, która według mnie była najlepszą zawodniczką. Trzy raz byliśmy z drużyną w NRD. Szkoda, że wtedy nie było takich środków audiowizualnych jakie są teraz, bo np. ja z tego okresu mam tylko dwa zdjęcia. To była ciężka praca, ale dawała mnóstwo satysfakcji. Byłem bardzo zajęty i późno się ożeniłem, bo miałem już 32 lata. Na ówczesne standardy było to późno i już kwalifikowało mnie na starego kawalera. Mam żonę, dwoje dzieci i wnuki.

Kto po panu będzie się zajmował SZS i organizacją zawodów?

– Jak na razie, w gminie Jędrzejów stery przejął Tadeusz Sopel, nauczyciel wychowania fizycznego w SP nr 4. Mam nadzieje, że również wyjaśnią się sprawy na szczeblu powiatowym, czekamy aż nowa władza się ukonstytuuje. Zawodów w powiecie jest pięć-sześć w ciągu roku szkolnym. Nie odcinam się od całkowicie, obiecałem, że jak będzie potrzeba, to chętnie jeszcze pomogę przy organizacji zawodów. Teraz będę sobie wiódł spokojne życie emeryta, zajmę się działką.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Grażyna Ślusarek

Polisa na życie bez raka

SCO_2

Czy raka szyjki macicy można uniknąć? Jakie błędy popełniają kobiety, które narażają się na ryzyko zachorowania? Jak zachować zdrowie na długo – wyjaśnia doktor Leszek Smorąg, specjalista ginekologii onkologicznej ze Świętokrzyskiego Centrum Onkologii, kierownik projektu „Być świadomą kobietą – wsparcie profilaktyki raka szyjki macicy w regionie świętokrzyskim”.

 

Wiele kobiet mówi: „rak szyjki macicy mnie nie dotyczy, bo w mojej rodzinie nikt nie chorował na ten nowotwór”. Czy mają rację?

To była wielka przygoda mojego życia, ale też szkoła życia

26521

Jacek Słowak z Kielc i Szymon Flak z Obiechowa ze Stowarzyszenia „Salutem” dokonali niesamowitego wyczynu: jako pierwsi w historii objechali kontynent afrykański wzdłuż linii brzegowej. Odwiedzili 30 krajów i przejechali blisko 45 tys. km; w podróży byli 200 dni. Wyprawa, która podzielona była na dwa etapy, odbyła się w ramach projektu „Scyzoryki wzdłuż Afryki”. O podróży rozmawiamy z Szymonem Flakiem. Jak to się stało, że zostałeś uczestnikiem niecodziennej wyprawy na kontynent afrykański?

– Historia wyjazdu do Afryki zaczęła się kilka lat temu, kiedy podczas studiów w Społecznej Akademii Nauk poznałam Jacka Słowaka, który uczył mnie samoobrony. Na jednym z obozów narciarskich podczas luźniej namawiał nas do spełnienia swoich marzeń, do podróżowania i poznawania świata. Mówił, że nie należy tylko i wyłącznie poświęcać się karierze i pędzić za pieniędzmi, bo w życiu liczą się też pasje. Wtedy postanowiłem jeździć na różne obozy. Jacek mnie zauważył i kiedy organizował wyprawę do Afryki, zaproponował mi wyjazd. Potrzebował kogoś, kto zna się na mechanice, a ja trochę się na tym znam. Podczas wyprawy poruszaliśmy się mercedesem sprinterem ze starego rocznika. To był świadomy wybór, bo w nowszym modelu mógłby być problem z elektroniką. Nasze auto spisało się świetnie. Oczywiście psuło się, ale dawałem sobie z tym radę bez problemów. Zresztą, nie całą podróż przemierzyliśmy mercedesem. Z różnych powodów, głównie biurokratycznych przeszkód dotyczących wydawania wiz, przez blisko 10 dni mieliśmy przymusowy przystanek w Sudanie. Tam podjęliśmy decyzję, że samochód zostaje w tym kraju, a my dalszą część podróży przebędziemy autostopem. Trochę przedłużyło to wyprawę, ale zdobyliśmy kolejne doświadczenia i szczęśliwie dojechaliśmy do Maroka.

Jak przebiegała wyprawa?

– Wyprawa odbyła się w dwóch etapach. Pierwszy trwał 72 dni. Przejechaliśmy wtedy zachodnie wybrzeże Afryki. Pod koniec grudnia 2017 r. wyruszyliśmy z Tangeru w Maroku, a podróż zakończyliśmy w Kapsztadzie w RPA. Przejechaliśmy przez 17 państw. Generalnie był to trudny etap naszej podróży. Głównym naszym atutem było to, że w jednym miejscu byliśmy krótko, szybko przenosiliśmy się z miejsca na miejsce i w marcu dotarliśmy do RPA. Później było kilka miesięcy przerwy. Drugi etap rozpoczęliśmy w lipcu w Kapsztadzie, a zakończyliśmy w październiku w Tangerze, czyli tam, gdzie rozpoczynaliśmy. Tym sposobem objechaliśmy całą Afrykę. Etap wzdłuż wschodniego wybrzeża był dużo łatwiejszy w porównaniu do pierwszego. Zachodnie wybrzeże Afryki nie jest rozwinięte pod względem turystycznym. Po kilkadziesiąt godzin trzeba było czekać na niektórych przejściach granicznych. Wiele razy nocowaliśmy na asfalcie. Były różne problemy i czyhało na nas wiele niebezpieczeństw. Kilka razy nas okradziono, byliśmy zatrzymani przez miejscową policję, a także mieliśmy problemy związane z otrzymaniem wiz do różnych krajów. Generalnie wszelkie założenia i plany brały w łeb, musieliśmy je weryfikować i dostosowywać się panujących realiów. Trzeba także pamiętać, że w wielu afrykańskich krajach trwają wojny. Przejeżdżaliśmy m.in. przez Mauretanię i Mali, gdzie na okrągło toczą się konflikty zbrojne. Nam, szczęśliwie, nie było dane widzieć ich z bliska, choć na wielu obiektach widać było ślady po pociskach. Oczywiście nie ominęły nas choroby, dopadła nas malaria i inne zakażenia bakteryjne.

Co zrobiło na tobie największe wrażenie?

– Oczywiście widoki, niezapomniane, różnorodne. Wspaniała przyroda; widok stada słoni, żyraf czy innych zwierząt spacerujących w różnych miejscach też robił ważnienie. Podobnie jak widok niesamowitych budowli. Trudno w tej chwili o tym mówić, muszę sobie to wszystko jakoś poukładać. Na pewno duże wrażenia zrobiła na mnie Etiopia, bo generalnie uważa się, że tam jest sucho i nie ma co jeść. Mieliśmy jednak możliwość zobaczyć bujną roślinność tego kraju, bo przejeżdżaliśmy akurat w porze deszczowej. Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie również kościoły wykute w litej skale w Lalibeli. Tych świątyń jest 11, pochodzą one z końca XII w. Polecam każdemu, bo warto je zobaczyć. Poza tym piasek na plaży w Zanzibarze jest biały i miękki, swoją konsystencją przypomina mąkę. Wspaniałe owoce i warzywa, o zupełnie innym, bardziej intensywnym smaku niż u nas w Polsce. Zmienność temperatur; najniższa jaką tam mieliśmy to minus 2 stopnie, a najwyższa to plus 51. Podobało mi się także spokojne tempo życia, a nie tak jak u nas – wciąż coś nas goni. Tam nikomu się nie spieszy.

Co ci dał wyjazd na afrykańską wyprawę?

– Przede wszystkim inne spojrzenie na świat. Uświadomiłem sobie, że tak naprawdę kolor skóry się nie liczy, tylko to, jakim jesteś człowiekiem: dobrym czy złym. Bo w Afryce spotykaliśmy takich ludzi, którzy wyjęliby serce, by pomóc, ale byli i tacy, którzy nie chcieli pomóc, a nawet przysparzali nam kłopotów. Poza tym sprawdziła się stara prawda, że trzeba znać języki obce, szczególnie angielski. Pamiętać należy, że część krajów afrykańskich kiedyś wchodziła w skład angielskiego imperium kolonialnego, dlatego angielski jest tam podstawowym językiem. Podróż po Afryce to niezapomniane wrażenia i przeżycia, wspaniałe krajobrazy, wielu poznanych ludzi. Mam w pamięci także obrazy innej Afryki, czyli ogromnej biedy. Kiedy widzisz głodne dzieci, serce ci pęka. Jednym z celów wyprawy było także niesienie pomocy charytatywnej. Nasze stowarzyszenie wspólnie z fundacją zebrało dary, m.in. ubrania i artykuły szkolne dla dzieci. Małą ich część zabraliśmy ze sobą, większość została wysłana do międzynarodowej organizacji, która zajmuje się niesieniem pomocy dla Afryki. Na miejscu okazało się, że praktycznie moglibyśmy rozdać wszystko. Zresztą, sam wróciłem tylko z małym plecakiem, bo co tylko się dało to podarowaliśmy miejscowym, głównie dzieciom. Podczas podróży zastanawialiśmy się, jak można pomóc ludziom w Afryce i zgodnie doszliśmy do wniosku, że poprzez edukację. To była wielka przygoda mojego życia, ale i wielka szkoła życia.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Grażyna Ślusarek

Zostawiam moim następcom powiat w bardzo dobrym stanie

Kaczmarek_Edmund_2018

Rozmawiamy ze starostą powiatowym Edmundem Kaczmarkiem. Po 16 latach rządzenia powiatem przekazuje pan władzę komu innemu. Proszę przypomnieć początki swojej pracy na stanowisku starosty i podsumować dokonania.

– Do 26 listopada 2002 r. byłem naczelnikiem wydziału ochrony środowiska Starostwa Powiatowego w Jędrzejowie. Na starostę zostałem wybrany przez Radę Powiatu, jako osoba spoza rady. Wiedziałem, że będzie trudno.